wyprzedaże

Wyprzedaże mnie przerażają…

Wyprzedaże mnie przerażają. Po części dlatego, że nie wiem, czy trafię na najlepszą okazję i czy, np. za dwa dni bluzka, którą właśnie kupuję przecenioną o 30% nie otrzyma przypadkiem metki z napisem „przecena -50%”. Wtedy zrobi mi się dziwnie przykro. To wrażenie zostanie, a nawet się drastycznie pogłębi. Dzieje się to z reguły na psiapsiułkowym spotkaniu przy kawce w Coffee Heaven lub innej, podobnej restauracji, gdzie kawa smakuje jak lukier i zawsze ją nazywam deserem. Wtedy to zawsze znajduje się koleżanka, która z cudownym uśmiechem na twarzy oznajmi mi, że kupiła świetną bluzkę w super cenie…. i zaraz ją pokaże. Już kątem oka widzę, że ten wzorek na materiale coś mi przypomina, czyżby moje podejrzenia okazały się słuszne? Oczywiście! Przecież to ten sam model bluzki, którą kupiłam w zeszłym tygodniu. Do tego ma jeszcze metkę z wielkim, wżerającym się wręcz w oczy, krwiście czerwonym napisem „przecena -70%”.

Tak, cały urok ciuszka kupionego na wyprzedaży właśnie prysł.

Właściwie chyba nawet przestała mi się podobać i nie będzie tak idealna do czarnych spodni, jak mi się wydawało w momencie jej kupowania.

shopping woman surrounded by icons of e-commerceNo i mam tu dwie wady wyprzedaży: jedna to ta, czy już kupować, czy jeszcze poczekać na większą okazję; druga zaś to powtarzalność ciuchów, czyli fakt, że moja koleżanka ma taką samą rzecz, jak ja (czasy, kiedy wręcz chciało się mieć to samo, co inne dziewczyny, u mnie już minęły).

Niedobrze również, że gdy wyprzedaże trwają w najlepsze, to w kącikach zaczyna się czaić już wieszak z nową kolekcją. Najpierw nieśmiało, gdzieś po bokach sklepu ustawiany, potem z nadzwyczajną prędkością pomnażany, aby w końcu zająć prawie całą powierzchnię sklepu. Nie lubię tego, nie znoszę wręcz. Bo szalejąc na wyprzedażach, kątem oka zerkam już na nowe rzeczy. Nie dlatego, że są o niebo piękniejsze, albo jakieś milion razy lepsze od przecenionych. Taka już ludzka natura, niezaspokojona ciekawość ciągnie go po prostu do nowego. Tylko spojrzeć na chwilę, przecież i tak nie kupię, bo drogo…. Jednak przeglądając potem kolejny wieszak z super cenami, przesuwając z łoskotem kolejne bluzki, jedna za drugą, za trzecią, za czterdziestą, odczuwam lekkie znużenie. Opatrzyły mi się te ciuchy w czasie, kiedy jeszcze na początku sezonu były nową kolekcją. Powielane i modyfikowane wzory noszone na ulicach – to widzę na okazyjnych łowach. Mój umysł zaczyna odrzucać już nawet największe przeceny, bo koszulka czy spodenki już się po prostu opatrzyły.

Zasada 3 lat

Dochodzi znów do głosu podstępny chochlik, który kusi: „Kup to, co jest świeżutkie, dopiero powieszone, z nowej kolekcji”. Kup jedną rzecz, ale przynajmniej będziesz z niej się cieszyła i z pewnością założysz ją nie raz. Natomiast zdarza się, że los ciuchów z wyprzedaży nie jest najłatwiejszy. Lądują w szafie z przyczepionych do nich kompletem metek (wraz z informacjami o bajecznej przecenie). Czekają na chwilę, kiedy będą mogły zadebiutować w roli ślicznej koszulki do rozkloszowanej spódniczki lub wygodnych spodni do T-shirtu z napisami. Czas ucieka, a one biedulki czekają. Robi się chłodniej bądź cieplej (zależy w jakich wyprzedażowych rejonach szalałam – zimowe czy letnie). To okazuje się, że na spodnie jest zbyt chłodno, a koszulka nie doczekuje się sytuacji, na którą okazałaby się odpowiednią. Okazyjne grzechy zaczynają się wtedy magicznie przesuwać coraz bardziej w głąb szafy, aż lądują w jej najtajniejszych zakamarkach. Stamtąd wydobywa je potem tylko moc sprzątania wszystkiego, co wpadnie mi w ręce. Czystki zupełnej, oczywistej i nie znoszącej sprzeciwu. Po prostu koniec, nie ma leżenia bezczynnie, coś trzeba w tej sprawie zadziałać. Bo to jest tak: mam świetną koleżankę, której praktyczność mnie czasami przeraża, jednak, o dziwo, jest super pomocna w codziennym życiu i porządkowaniu rodzącego się wokoło mnie chaosu.

Ona to nauczyła mnie i wpoiła nawyk, że ciuchy, buty, torebki, itp. po 3 latach leżenia bezczynnie muszą zostać spożytkowane.

Happy girl with shopping bagsJest jedno odstępstwo od tej reguły: rzeczy bardzo dobrej jakości o klasycznych fasonach i kolorach, które noszę ( i w których rzeczywiście mi dobrze). Do nich zaliczam, m.in. czarną torebkę ze skóry naturalnej w kształcie kopertówki, czarny żakiet, czarne szpilki z delikatnym szpicem (oczywiście bez platform), białą bluzkę z jedwabiu, brązowe skórzane rękawiczki do jazdy samochodem (oczywiście nie tylko do kierowania, bo są tak efektowne, że noszę je nawet, jak samochód odpoczywa na parkingu). Wszystkie inne rzeczy podlegają regule 3 lat: jeśli ich do tej pory nie używałam oznacza to jedno – bezwarunkowe opuszczenie mojej szafy i wszystkich jej przyległości w postaci półeczek, szuflad, itp. Zaczyna się więc ceremoniał przymierzania, sortowania, przypasowywania. Ze zgrozą stwierdzam, że wyciągam również rzeczy, które opatrzone są jeszcze wciąż metkami sklepowymi. Jak na ironię, wszystkie ometkowane z zasady pochodzą z wyprzedaży. Chyba tylko raz, czy dwa razy zdarzyło mi się znaleźć rzecz kupioną za podstawową, pełną cenę. Często też odkrywam rzeczy, tak, jakbym odkrywała nowy, nieznany ląd. Czuję się jak Krzysztof Kolumb, kiedy zobaczył nieznane i nowe lądy. Takie mam wrażenie patrząc na trzymany w ręku pasek. O, jaki śliczny, nie wiedziałam nawet, że taki mam. A przydałby się mi, jak szłam ostatnio do teatru, szkoda, że dopiero teraz go widzę. Już nawet nie pamiętam kiedy i w jakich okolicznościach go kupiłam. Najgorszy jest jednak etap rozstawania się na zawsze. Kiedy decyzja już wisi w powietrzu, ale jej akceptacja jakoś się niebezpiecznie wydłuża. Może jednak to będę nosiła? To takie ładne. Nie mogę poddawać się w połowie drogi, bo polegnę. Mówię więc na głos „Basta!” i kolejna rzecz ląduje na stosie cudeniek do rozdania. Wiecie, co mnie jeszcze motywuje do takiej konsekwencji? Mam miejsce na kilka nowych nabytków, które powinnam kupić tak, aby dopasować do reszty garderoby. Ale jest sprawa ważniejsza. To obraz koleżanek, siostry i w ogóle osób, które zostają obdarowane moimi nabytkami. Kiedy widzę, że rzeczywiście noszą otrzymane rzeczy to jakoś raźniej mi na duszy i utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze zrobiłam. W końcu to tylko rzeczy, a człowiek potrzebuje też od czasu do czasu innych smaków życia, niż tylko zakupowy amok i chęć posiadania.

Jednak znów zaczyna się sezon wyprzedażowy… i co teraz?

3 opinions on “Wyprzedaże mnie przerażają…”

  1. No cóż… temat uważam że nawet po roku jak najbardziej aktualny. Osobiście nie szaleje na wyprzedażach, a jak już to wybieram takie rzeczy, które wiem iż na pewno założę choć ten jeden raz 🙂 ale również co jakiś czas robię przegląd w szafie, żeby wiedzieć co tam dokładnie mi się uzbierało i czy nie zalegają na półkach rzeczy, których nosić już nie będę a tylko zabierają miejsce na coś nowego.

  2. Howdy! This post couldn’t be written any better! Looking at this post reminds me of my previous roommate!
    He continually kept preaching about this. I’ll forward this information to him.
    Fairly certain he will have a very good read. Many
    thanks for sharing!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *